Blog > Komentarze do wpisu

O tym, że na Martynice adres nic nie znaczy

Gdy wysiadamy z samolotu natychmiast oblepia nas gorące, wilgotne powietrze. Łaźnia parowa! Minutę później znów wchodzimy do klimatyzowanego pomieszczenia by odebrać bagaż, ale i tak mamy wrażenie, że ktoś zamoczył nasze jeansy w ukropie.

Znalezienie wszystkich walizek zajmuje nam prawie godzinę, w końcu wychodzimy do hallu, rozpoznajemy Philippe’a dzięki zdjęciom. “Ale macie szczęście, to rzadkie, żeby samolot się nie spóźnił! Proponuję, żebyście zatrzymali się u mnie na dwa dni, w waszym domu jeszcze nie ma wody, poza tym pojutrze będziecie mogli objerzeć w Trinité Tour de Yoles, to takie tradycyjne regaty, wielka impreza, naprawdę warto.” Jak to dobrze, że nie musimy martwić się  brakiem wody ani szukaniem taksówki, albo błądzić wynajętym samochodem! Nowy przyjaciel prowadzi nas przez parking. “Widzicie te wachlarzowe palmy? To drzewa podróżnika, piękne, prawda?”

Widok z lotniska Aimé Césaire

Widok na parking przed lotniskiem

 

Nad nami unoszą się ciężkie chmury, jest okropnie parno, ale ani troche słońca. Po chwili klimatyzowanym samochodem ruszamy w stronę Trinité po idealnie gładkim asfalcie. Tylko w jedym miejscu zwalniamy z powodu robot, ale jezdnie wydają się całkiem nowe. A tyle się naczytałam o tragicznym stanie dróg!

droga miedzy Le Lamentin a Le Robert

 “Autostrada”

 

Jestem oszołomiona soczystą zielenią i niesamowitymi różnicami terenu. Co chwilę wspinamy się na ostre wzniesienie tylko po to, by natychmiast z niego zjechać. Za oknem plantacje trzciny i bananowców. Philippe pokazuje nam, że banany rosną w niebieskich torbach. “To ochrona przed słońcem i owadami”.


platnace bananowe

widok z samochodu na plantacje bananowe

 

Wreszcie dojeżdżamy do Trinité. Do domu Philippe’a prowadzi tak stroma droga, że zastanawiam się czy samochód da radę ją pokonać. Kierowca nie wydaje się zestresowany. Stajemy przed ładnym, drewnianym żółtym domem,  w którym Philippe wynajmuje parter od mieszkających na piętrze właścicieli. Jego mieszkanie składa się z  malutkiego salonu z kuchnią, dwóch pokoi z prysznicami i olbrzymiej werandy, na której natychmiast zajmuję miejsce obok poidełka kolibrów. Ptaki wcale się nie boją, przylatują pić słodki sok furkocząc czarnymi skrzydłami. Po bananowcu biegają zielone jaszczurki. Jak tu pięknie! Pijemy słodki sok z gojawy.

jaszczurki, kolibry

Widoki z werandy: kolibry, jeszczurki...

 

Philippe proponuje, że zanim zapadnie noc możemy pojechać obejrzeć nasz nowy dom. “Pewnie!” – Po chwili wsiadamy do samochodu i ruszamy drogą z cudownym widokiem na ocean.  Przejeżdżamy przez centrum Sainte-Marie, niebieski kościół i biały cmentarz robią na mnie niesamowite wrażenie. Zaczynamy się wspinać coraz wyżej, otoczeni trzciną i bananowcami… Droga robi się potwornie kręta, przy poboczu stoją rdzewiejące wraki i porzucone akumulatory. Gdzie my jesteśmy???

Wyżej, wyżej i jeszcze wyżej! Nagle wjeżdżamy na wysoką przełęcz, chmury robią się coraz cięższe a mnie w klimatyzowanym samochodzie robi się bardzo zimno.  Daleko jeszcze? ….

flamboyant  

przepiękny okaz “flamboyant”

 

Po drodze mijamy kwitnące na czerwono niesamowite drzewo. Nagle zaczynamy zjeżdżać z przełęczy, widok na góry jest przepiękny. “To gdzieś tutaj” – mówi Philippe. “Kurcze, nie poznaję! Może tu?” – zatrzymujemy się na skrzyżowaniu z maleńką dróżką znikającą w dolinie. Jest tak stroma, że nie zastanawiając się odpowiadam “Nie, nie, to NA PEWNO nie tutaj! Chyba pamiętałbyś taki spadek?” Philippe nie odpowiada. Zatrzymujemy się przy przystanku pod którym odpoczywa kilku staruszków w słomkowych kapeluszach.  Patrzą na nas z takim zdziwieniem jakby na  dachu naszego samochodu zaczaił się miś polarny i kilka tłustych pingwinów.

-Bardzo Panów przepraszam, szukamy Zaułku Rzeki.

- Zaułek Szeki? Tu jes baszo duszo szek! Czego tam szukacie ?

- Szukamy domu państwa Azérot. Wyjechali do Francji, wiedzą Panowie gdzie mieszkali ?

- Azészot ? Duszo ich tu. Duszo wyjechało TAM.  A mosze to ten, któszy miał syna szandaszma?

-Przepraszam ?

Rozpętuje się żywa dyskusja, z której nie rozumiem ani słowa, po chwili panowie wskazują drogę wspinającą się jeszcze wyżej.  Wjeżdżamy w wąską uliczkę, na werandach kolorowych domów siedzi sporo ciemnoskórych ludzi, na widok samochodu robią zdziwione miny. Polarny miś i tłuste pingwiny na dachu citroena chyba zaczęły tańczyć kujawiaka.

Philippe jest już pewien, że nigdy tędy nie jechał. Zawracamy obok samochodu leżącego na dachu, pomiędzy gdeczącymi kurami.


wrak na Martynice

“HS” oznacza “nie działa” … 

 

Wracamy na skrzyżowanie z potwornie stromą ścieżką. “Tak, to tutaj, teraz jestem pewien”.  Ratunku! Zjeżdżamy w stronę dalszych domów, a ja czuję się jak w wesołym miasteczku. Podszewek też robi się blady.  

drogi na Martynice

Żadne zdjęcie nie odda jak stromy jest ten zjazd… 

 

Niżej wąska droga zamienia się w mały placyk na którym grupa mężczyzn naprawia peugeota. Obok kilka wraków takiego samego modelu, do jednego z nich przywiązana jest mała kózka. Panowie przerywają prace nad silnikiem i patrzą w naszym kierunku. Na dachu citroena polarny miś w orientalnym stroju  wykonuje taniec brzucha, pingwiny klaszczą.

Pierwszy szok mija, panowie machają, by nie parkować pod  wysokim drzewem. Patrzę w górę- faktycznie, nad nami niebezpiecznie  kołyszą się olbrzymie zielone kule. Miś mógłby nieźle oberwać owocem chlebowca!

 Wychodzimy z samochodu, miś polarny i pingwiny zeskakują z dachu, też wyglądają na zagubione. Jest dużo chłodniej niż na wybrzeżu. Nieśmiało witamy się z domorosłymi mechanikami. Tak tak, to tutaj, Odette mieszkała za rogiem. Wspinamy się wąziutką ścieżką pomiędzy ogrodzeniami z zardzewiałej blachy. Zaułek rzeki. Naszym oczom ukazuje się niebieski domek ze zdjęć. Wchodzimy na ładną  niebieską werandę i otwieramy drzwi.

weranda na Martynice

Weranda wygląda jak domek lalki

 

Mieszkanie jest ciemne i zatęchłe. Stało puste przez miesiąc, to pewnie dlatego… Oglądamy pobierznie salon i pokoje, w kuchni odkrywam piękny widok na dolinę i ocean.  Pochyłe szybki “persiennes” nie pozwalają mi jednak wystawić głowy. W sypialni odkrywam kiczowaty plakat z kotkami, różową narzutę udającą atłas i moskitierę z falbanką. Otwieram okno i wychylam się… przerażona. Od tej strony żadnych niebieskich desek tylko  surowe cegły, dom stoi na ostrym zboczu,  trzyma się na betonowych kurzych nóżkach. Mam widok na blaszany dach  i taras sąsiadów kilka dobrych metrów niżej. Pejzaż za oknem zapiera dech w piersiach, upajałabym się zielenią gdybym miała pewność, że mój nowy dom za chwilę nie runie w przepaść.

dom na Martyniceale egzotyczne kotki...

 

Podszewek też ma niewyraźną minę. Szukając licznika wody natknął się na kolonię gigantycznych karaluchów. Pewnie, że spodziewaliśmy się tropikalnych owadów… ale aż tyle? I  aż takich dużych ?

Zwiedzamy dwa pokoiki na piętrze. Trzy dziewczyny dzieliły się jednym biurkiem ale miały luksusową łazienkę z wstążkową kurtynką  zamiast drzwi. Jeden pokój fioletowy, drugi zielony. Każde okno zostało chyba odkupione przy okazji innej rozbiórki.

Może nie jest tak źle, dom jest duży, choć wymagający poważnego sprzątania. Widok za oknem oszałamiający. Ale te kilometry krętych górskich dróg! Jestem pewna że nigdy nie odważę się wracać do domu nocą. Wolę koczować na plaży!

Philippe wczuwa nasze obawy. “Nie podoba się wam?” Mówiłem, za 650€ trudno znaleźć coś lepszego. No, ale już zbiża się 17h, za godzinę zapadnie noc, jedźmy do mnie na kolację ». Zamykamy dom i wracamy do samochodu. Pingwiny wsiadają na dach i niepewnie tulą się do futra misia polarnego bacznie obserwowane przez sąsiadów. Wracamy do Trinité krętą drogą wśród plantacji bananów.

Siedzimy na werandzie Philippe’a, noc zapada w ciągu kilku minut i natychmiast rozlega się oszałamiający koncert żab. Tak musi brzmieć dżungla, a przecież jesteśmy w centrum miasta tuż obok plaży! Dodajemy sobie odwagi słodkimi koktajlami z rumem. Może nie będzie tak źle? Może mamy kiepski nastrój po męczącej podróży? Wyspa jest przepiękna, ile kwiatów, kolibrów i jaszczurek! I jaki cudowny ocean! Jesteśmy zmęczeni, więc żegnamy się z Philippem i kładziemy w łóżku pod wielką moskierą. Pokój nie ma okien, zamiast tego pod sufitem szlaczek ażurowych cegieł. Co chwilę wchodzą przez nie jaszczurki i owady. Spacerują nad nami po siatce moskitiery. Zaczyna padać, żaby śpiewają coraz głośniej… Za nami pierwsze popołudnie nowego życia, przed nami dzień pełen załatwiania poważnych spraw.

Ale zanim to nastąpi…czy kiedykolwiek uda mi się  zasnąć w takim hałasie?



piątek, 21 grudnia 2012, nordatlantique

Polecane wpisy

Komentarze
tres.pimientos
2012/12/30 00:08:23
Tak czy inaczej, wszystko to wygląda bardzo obiecująco. Albo Karaiby albo na niby! Super! :)