piątek, 21 grudnia 2012

Gdy wysiadamy z samolotu natychmiast oblepia nas gorące, wilgotne powietrze. Łaźnia parowa! Minutę później znów wchodzimy do klimatyzowanego pomieszczenia by odebrać bagaż, ale i tak mamy wrażenie, że ktoś zamoczył nasze jeansy w ukropie.

Znalezienie wszystkich walizek zajmuje nam prawie godzinę, w końcu wychodzimy do hallu, rozpoznajemy Philippe’a dzięki zdjęciom. “Ale macie szczęście, to rzadkie, żeby samolot się nie spóźnił! Proponuję, żebyście zatrzymali się u mnie na dwa dni, w waszym domu jeszcze nie ma wody, poza tym pojutrze będziecie mogli objerzeć w Trinité Tour de Yoles, to takie tradycyjne regaty, wielka impreza, naprawdę warto.” Jak to dobrze, że nie musimy martwić się  brakiem wody ani szukaniem taksówki, albo błądzić wynajętym samochodem! Nowy przyjaciel prowadzi nas przez parking. “Widzicie te wachlarzowe palmy? To drzewa podróżnika, piękne, prawda?”

Widok z lotniska Aimé Césaire

Widok na parking przed lotniskiem

 

Nad nami unoszą się ciężkie chmury, jest okropnie parno, ale ani troche słońca. Po chwili klimatyzowanym samochodem ruszamy w stronę Trinité po idealnie gładkim asfalcie. Tylko w jedym miejscu zwalniamy z powodu robot, ale jezdnie wydają się całkiem nowe. A tyle się naczytałam o tragicznym stanie dróg!

droga miedzy Le Lamentin a Le Robert

 “Autostrada”

 

Jestem oszołomiona soczystą zielenią i niesamowitymi różnicami terenu. Co chwilę wspinamy się na ostre wzniesienie tylko po to, by natychmiast z niego zjechać. Za oknem plantacje trzciny i bananowców. Philippe pokazuje nam, że banany rosną w niebieskich torbach. “To ochrona przed słońcem i owadami”.


platnace bananowe

widok z samochodu na plantacje bananowe

 

Wreszcie dojeżdżamy do Trinité. Do domu Philippe’a prowadzi tak stroma droga, że zastanawiam się czy samochód da radę ją pokonać. Kierowca nie wydaje się zestresowany. Stajemy przed ładnym, drewnianym żółtym domem,  w którym Philippe wynajmuje parter od mieszkających na piętrze właścicieli. Jego mieszkanie składa się z  malutkiego salonu z kuchnią, dwóch pokoi z prysznicami i olbrzymiej werandy, na której natychmiast zajmuję miejsce obok poidełka kolibrów. Ptaki wcale się nie boją, przylatują pić słodki sok furkocząc czarnymi skrzydłami. Po bananowcu biegają zielone jaszczurki. Jak tu pięknie! Pijemy słodki sok z gojawy.

jaszczurki, kolibry

Widoki z werandy: kolibry, jeszczurki...

 

Philippe proponuje, że zanim zapadnie noc możemy pojechać obejrzeć nasz nowy dom. “Pewnie!” – Po chwili wsiadamy do samochodu i ruszamy drogą z cudownym widokiem na ocean.  Przejeżdżamy przez centrum Sainte-Marie, niebieski kościół i biały cmentarz robią na mnie niesamowite wrażenie. Zaczynamy się wspinać coraz wyżej, otoczeni trzciną i bananowcami… Droga robi się potwornie kręta, przy poboczu stoją rdzewiejące wraki i porzucone akumulatory. Gdzie my jesteśmy???

Wyżej, wyżej i jeszcze wyżej! Nagle wjeżdżamy na wysoką przełęcz, chmury robią się coraz cięższe a mnie w klimatyzowanym samochodzie robi się bardzo zimno.  Daleko jeszcze? ….

flamboyant  

przepiękny okaz “flamboyant”

 

Po drodze mijamy kwitnące na czerwono niesamowite drzewo. Nagle zaczynamy zjeżdżać z przełęczy, widok na góry jest przepiękny. “To gdzieś tutaj” – mówi Philippe. “Kurcze, nie poznaję! Może tu?” – zatrzymujemy się na skrzyżowaniu z maleńką dróżką znikającą w dolinie. Jest tak stroma, że nie zastanawiając się odpowiadam “Nie, nie, to NA PEWNO nie tutaj! Chyba pamiętałbyś taki spadek?” Philippe nie odpowiada. Zatrzymujemy się przy przystanku pod którym odpoczywa kilku staruszków w słomkowych kapeluszach.  Patrzą na nas z takim zdziwieniem jakby na  dachu naszego samochodu zaczaił się miś polarny i kilka tłustych pingwinów.

-Bardzo Panów przepraszam, szukamy Zaułku Rzeki.

- Zaułek Szeki? Tu jes baszo duszo szek! Czego tam szukacie ?

- Szukamy domu państwa Azérot. Wyjechali do Francji, wiedzą Panowie gdzie mieszkali ?

- Azészot ? Duszo ich tu. Duszo wyjechało TAM.  A mosze to ten, któszy miał syna szandaszma?

-Przepraszam ?

Rozpętuje się żywa dyskusja, z której nie rozumiem ani słowa, po chwili panowie wskazują drogę wspinającą się jeszcze wyżej.  Wjeżdżamy w wąską uliczkę, na werandach kolorowych domów siedzi sporo ciemnoskórych ludzi, na widok samochodu robią zdziwione miny. Polarny miś i tłuste pingwiny na dachu citroena chyba zaczęły tańczyć kujawiaka.

Philippe jest już pewien, że nigdy tędy nie jechał. Zawracamy obok samochodu leżącego na dachu, pomiędzy gdeczącymi kurami.


wrak na Martynice

“HS” oznacza “nie działa” … 

 

Wracamy na skrzyżowanie z potwornie stromą ścieżką. “Tak, to tutaj, teraz jestem pewien”.  Ratunku! Zjeżdżamy w stronę dalszych domów, a ja czuję się jak w wesołym miasteczku. Podszewek też robi się blady.  

drogi na Martynice

Żadne zdjęcie nie odda jak stromy jest ten zjazd… 

 

Niżej wąska droga zamienia się w mały placyk na którym grupa mężczyzn naprawia peugeota. Obok kilka wraków takiego samego modelu, do jednego z nich przywiązana jest mała kózka. Panowie przerywają prace nad silnikiem i patrzą w naszym kierunku. Na dachu citroena polarny miś w orientalnym stroju  wykonuje taniec brzucha, pingwiny klaszczą.

Pierwszy szok mija, panowie machają, by nie parkować pod  wysokim drzewem. Patrzę w górę- faktycznie, nad nami niebezpiecznie  kołyszą się olbrzymie zielone kule. Miś mógłby nieźle oberwać owocem chlebowca!

 Wychodzimy z samochodu, miś polarny i pingwiny zeskakują z dachu, też wyglądają na zagubione. Jest dużo chłodniej niż na wybrzeżu. Nieśmiało witamy się z domorosłymi mechanikami. Tak tak, to tutaj, Odette mieszkała za rogiem. Wspinamy się wąziutką ścieżką pomiędzy ogrodzeniami z zardzewiałej blachy. Zaułek rzeki. Naszym oczom ukazuje się niebieski domek ze zdjęć. Wchodzimy na ładną  niebieską werandę i otwieramy drzwi.

weranda na Martynice

Weranda wygląda jak domek lalki

 

Mieszkanie jest ciemne i zatęchłe. Stało puste przez miesiąc, to pewnie dlatego… Oglądamy pobierznie salon i pokoje, w kuchni odkrywam piękny widok na dolinę i ocean.  Pochyłe szybki “persiennes” nie pozwalają mi jednak wystawić głowy. W sypialni odkrywam kiczowaty plakat z kotkami, różową narzutę udającą atłas i moskitierę z falbanką. Otwieram okno i wychylam się… przerażona. Od tej strony żadnych niebieskich desek tylko  surowe cegły, dom stoi na ostrym zboczu,  trzyma się na betonowych kurzych nóżkach. Mam widok na blaszany dach  i taras sąsiadów kilka dobrych metrów niżej. Pejzaż za oknem zapiera dech w piersiach, upajałabym się zielenią gdybym miała pewność, że mój nowy dom za chwilę nie runie w przepaść.

dom na Martyniceale egzotyczne kotki...

 

Podszewek też ma niewyraźną minę. Szukając licznika wody natknął się na kolonię gigantycznych karaluchów. Pewnie, że spodziewaliśmy się tropikalnych owadów… ale aż tyle? I  aż takich dużych ?

Zwiedzamy dwa pokoiki na piętrze. Trzy dziewczyny dzieliły się jednym biurkiem ale miały luksusową łazienkę z wstążkową kurtynką  zamiast drzwi. Jeden pokój fioletowy, drugi zielony. Każde okno zostało chyba odkupione przy okazji innej rozbiórki.

Może nie jest tak źle, dom jest duży, choć wymagający poważnego sprzątania. Widok za oknem oszałamiający. Ale te kilometry krętych górskich dróg! Jestem pewna że nigdy nie odważę się wracać do domu nocą. Wolę koczować na plaży!

Philippe wczuwa nasze obawy. “Nie podoba się wam?” Mówiłem, za 650€ trudno znaleźć coś lepszego. No, ale już zbiża się 17h, za godzinę zapadnie noc, jedźmy do mnie na kolację ». Zamykamy dom i wracamy do samochodu. Pingwiny wsiadają na dach i niepewnie tulą się do futra misia polarnego bacznie obserwowane przez sąsiadów. Wracamy do Trinité krętą drogą wśród plantacji bananów.

Siedzimy na werandzie Philippe’a, noc zapada w ciągu kilku minut i natychmiast rozlega się oszałamiający koncert żab. Tak musi brzmieć dżungla, a przecież jesteśmy w centrum miasta tuż obok plaży! Dodajemy sobie odwagi słodkimi koktajlami z rumem. Może nie będzie tak źle? Może mamy kiepski nastrój po męczącej podróży? Wyspa jest przepiękna, ile kwiatów, kolibrów i jaszczurek! I jaki cudowny ocean! Jesteśmy zmęczeni, więc żegnamy się z Philippem i kładziemy w łóżku pod wielką moskierą. Pokój nie ma okien, zamiast tego pod sufitem szlaczek ażurowych cegieł. Co chwilę wchodzą przez nie jaszczurki i owady. Spacerują nad nami po siatce moskitiery. Zaczyna padać, żaby śpiewają coraz głośniej… Za nami pierwsze popołudnie nowego życia, przed nami dzień pełen załatwiania poważnych spraw.

Ale zanim to nastąpi…czy kiedykolwiek uda mi się  zasnąć w takim hałasie?



wtorek, 18 grudnia 2012

Listopad 2009.

Réunion ? Martynika ? Gwadelupa ? Gujana ?  Co tu wpisać na listę życzeń? Podszewek wypełnia formularz na stronie o dziwnym tytule : « Ruch nauczycieli szkół podstawowych 2010 ». Jako pracownicy Minisiterstwa Edukacji nauczyciele mogą wystąpić o przydzielenie etatu w dowolnym departamencie francuskim - kontynentalnym lub zamorskim. Odpowiedź zależy od stażu pracy i innych bardziej skomplikowanych wytycznych. Ale może się uda ?

 

 Francuskie departamenty zamorskie zaznaczone są na niebiesko.

  Francuskie departamenty zamorskie zaznaczone są na niebiesko



 Marzy się nam kilkuletni pobyt « gdzieś daleko ». Które miejsce wybrać, skoro nigdy  tam nie byliśmy?  Szukam informacji, zastanawiam się, gdzie mogłabym znaleźć pracę w kulturze.  Gujana kusi, ale obawiam się bezrobocia w « dzikiej dżungli ». Na Gwadelupie większość centrów kultury nawet nie ma adresu mailowego. Martynika wydaje się ok, jest nawet teatr narodowy ! Réunion kusi nowym biennale sztuki i dynamicznym środowiskiem artystycznym.

Podszewek wpisuje więc Réunion na pierwszym miejscu. Potem Martynikę i Gwadelupę.  Czy to dobry pomysł ?  Przez ostatnie miesiące oglądaliśmy w wiadomościach wielkie strajki na Antylach Francuskich, związki zawodowe i zwykli ludzie wyszli na ulice sprzeciwiając się wysokim cenom. Wyspy zatrzymały się  na  niemal dwa miesiące, nie było benzyny, sklepy zamknięte.. Podczas wielkiego referendum Martynikanie zdecydowali, że  jednak chcą pozostać francuskim departamentem. Rząd obiecał obniżkę cen.   Ciekawe, czy coś się zmieniło?

(Więcej informacji o strajkach  znajdziecie po polsku tutaj:  http://pl.wikipedia.org/wiki/Zamieszki_we_francuskich_departamentach_zamorskich_%282009%29  )

 Pierwsze dni strajku w centrum Fort-de-France © http://www.pyepimanla.com

Pierwsze dni strajku w centrum Fort-de-France © http://www.pyepimanla.com



Kwiecień 2010

Jest odpowiedź! Jedziemy na Martynikę! Hurra! Euforia! Wypożyczam z biblioteki filmy i książki,  fantazjujemy o nurkowaniu, wodospadach, świeżych owocach morza i soczystych owocach z drzew. Kolega w pracy opowiada, jak podczas wakacji na wyspie dostawał ryby za pomoc przy wyciągnięciu rybackiej sieci. Koleżanka zapewnia, że nauczyciele zarabiają tam 40% więcej. Raj na ziemi!

Mapa Martyniki

Mapa Martyniki



Teraz czas na drugą listę życzeń:  wybór szkoły i miasta. Czytamy, że południe wyspy jest bardzo turystyczne, Fort-de-France nieciekawy, północ dzika. Chcemy być blisko morza, w niezbyt drogim miejscu, najwyżej godzinę drogi od “stolicy”; ale z dala od hoteli. Okolice półwyspu Caravelle wydają się interesujące. To park narodowy pełen tras spacerowych i plaż. Pośrodku wybrzeża atlantyckiego,   więc wydaje się wygodnym punktem. Wszędzie blisko!

Zaczynamy się stresować. Mieszkania wydają się strasznie drogie. Podobno bez samochodu ani rusz, za przewóz naszego na Karaiby przewoźnik chce co najmniej 1 500€,  w dodatku mamy polskie tablice, może musielibyśmy płacić cło ? Nie zdążymy załatwić formalności, decydujemy się sprzedać zieloną strzałę.

Postanawiamy lecieć na początku sierpnia, kupujemy w promocji bilety po 400€. Dokumentujemy się, stresujemy coraz bardziej, czasu na organizację brak i nadal nie wiemy do której szkoły uda się dostać Podszewkowi !

 

Czerwiec 2010

La Trinité ! W tym mieście ma pracować Podszewek ! Szukamy informacji w necie, na Youtube znajdujemy film z korków w centrum miasta. Wydaje się małe, skąd tyle samochodów ???

Na forum internetowym jakiś nauczyciel oferuje, że pomoże nam szukać mieszkania. Wszystkie propozycje wydają się nam tragicznie drogie. Szkoda nam kasy na zaczynanie pobytu w mieszkaniu wakacyjnym, chcemy od razu znaleźć coś na rok. W końcu znaduję mały domek w Sainte-Marie, wydaje mi się że to tylko  7km od La Trinité. Philippe ogląda dom i wysyła nam zdjęcia. Każdy pokój w innym kolorze, drewniana niebieska weranda, wszystko zdaje się urocze. Zostają meble, bo właścicielka tylko na rok wyprowadza się do Annecy. Spora oszczędność! Philippe uprzedza, że samochód trzeba zostawić 50 metrów od domu.  Chichoczemy, bo u nas  musimy parkować dwa przystanki od domu.  “Za 650€ nie znajdziecie nic innego, to okazja, w dodatku z pokojem gościnnym”. Bierzemy! Umowa podpisana.

Zdjęcia domu wysłane nam przez Philippe’a

Zdjęcia domu wysłane nam przez Philippe’a



Decydujemy zostawić niemal wszystkie nasze rzeczy we Francji. Kontener kosztowałby 6000€ ! Podpisujemy kontrakt na przewóz 1m3 książek, ubrań,  i drobiazgów. Mniej nie można wykupić, płacimy 600€ choć nie wypełniamy wszystkich skrzyń.  Podróż morska bagażu zajmie miesiąc ! Pakujemy się szybko, w nocy, przed dniem oddania metalowych kufrów przewoźnikowi. Chwilę zastanawiam się, czy wziąć polar. Po co mi polar na Karaibach ? Nie biorę ! (I oczywiście będę tego żałować!). Philippe każe zabrać zapas kosmetyków i środków czyszczących oraz rozgałęziacze odporne na przerwy w dostawie prądu . Podobno to strasznie drogie na miejscu. Zabieramy. W przypływie geniuszu jednak wkładam do kufra suszarkę do włosów.

Co dalej? Co z kontem w banku, podobno nie będziemy mogli tam używać naszych książeczek czekowych?  (co jest we Francji normą).  Czy płacenie kartą będzie coś kosztować?  Doradca w banku Podszewka okazuje się mało kompetentny. “Wyjeżdża pan na Martynikę? A, tam to chyba nie ma euro tylko frank martynikański?” Krztusimy się  ze śmiechu na drugim końcu linii. Jesteśmy zdani tylko na siebie!

ksiazki o Martynice

Czytamy, czytamy, czytamy…



W końcu spotykamy się z właścicielką mieszkania, przeprowadziła się już do Annecy. To niedaleko, więc wydaje się nam to dobrym sposobem na odbiór kluczy - przy okazji dowiemy się czegoś więcej o wyspie. Odette i jej mąż są bardzo sympatyczni, odbierają nas na dworcu samochodem i proponują wspólną kawę. Spodziewamy się, że zaraz gdzieś blisko zaparkujemy i udamy się do kawiarni nad jeziorem, ale Max wyjeżdża z miasteczka, jedziemy chyba ze 20 minut. Czyżby chcieli nas porwać? Zatrzymujemy się wreszcie w barze przy drodze, całkiem zwykłym, ale ma coś, co dla  naszych towarzyszy jest bardzo ważne. Siedząc przy stoliku mamy widok na ich samochód. 

Nie rozumiem wszystkiego, co mówią, bo nie wymawiają “R”, ich akcent jest bardzo melodyjny. Max opowiada, że to on zbudował ich dom własnymi rękami, dobudowując kolejne pomieszczenie wraz z narodzinami każdej kolejnej córki. Odette wyjaśnia, że na Martynice nikt nie lubi starych rzeczy, że liczy się by dom wyglądał na nowy, był ładnie pomalowany. Ach, nie ma ciepłej wody, bo to za duży wydatek, ale nie powinno nam to przeszkadzać. Odwożąc nas na dworzec drogą między jeziorem a stromymi zboczami Alp Odette mówi “Zobaczycie, tak właśnie wygląda Martynika. Woda i zielone góry”. Alpy mają mi się kojarzyć z Karaibami???

Na zakończenie roku  szkolnego Podszewek dostaje w prezencie od uczennicy pomarańczowy hamak.  Wszyscy nam zadroszczą!

 

Lipiec 2010

Zbliża się czas wyjazdu!!! Co za stres! W dodatku podczas kolejnej wieczornej rozmowy z Philippem dowadujemy się, że nasz dom jest dużo dalej od szkoły, niż początkowo sądziliśmy. “Za taka cenę trudno było znaleźć coś bliżej, nie dziwcie się. To jakieś 15km, prawdziwe zadupie”.  Zadupie mówisz? Szukam w necie informacji, ale nawet google map nie wystarcza. Dzielnica “Perou” pozostaje dla nas niewiadomą. Czytam gdzieś, że to las tropikalny, że po deszczu wylewają rzeki.  Może powinniśmy mieć jeepa? Właścicielka zapewnia, że mały samochód wystarczy. Albo nawet rower!  To super, bo we Francji poruszam się głównie rowerem! Ale Philippe mówi: “Rower? To bzdura!” Zobaczymy na miejscu…

Trochę się jednak boimy. Oglądając w Internecie  tragicznie drogie używane  samochody  zauważam  ogłoszenie ze zdjęciem psa. Ktoś oddaje śliczną sukę, znalazł ją na plaży i oswoił, ale po trzech latach musi ją zostawić, nie będzie miał dla niej  czasu w Paryżu.

Zdjęcie Bibou które zadecydowało o jej losie

Zdjęcie Bibou które zadecydowało o jej losie



Nikt jej nie chce, w schronisku grozi jej szybka eutanazja, a to podobno wyjątkowy pies. “Gdyby nie ona trzy razy by mnie okradziono. Dobra psina, nie szczeka, je co jej dam.” Skoro mam mieszkać na dzikiej wsi, a pies odpędza włamywaczy, to przyda mi się towarzyszka. I tak oto zostajemy z Podszewkiem właścicielami martynikańskiego psa, zanim jeszcze postawiliśmy nogę na wyspie. Najlepsza ze wszystkich naszych ówczesnych decyzji!

 

Sierpień 2010

Ruszamy o świcie z czterami walizkami pociągiem do Paryża. Ratunku!  Ledwo dajemy rade, ciężkie jak diabli, ostatnia, dokupiona za grosze, co chwilę się przewraca. Samolot mamy dopiero następnego dnia, korzystamy, by pożegnać się z przyjaciółmi na miejscu. W nocy nie możemy zmrużyć oka…

Czuję się jak olbrzymi ślimak Czuję się jak olbrzymi ślimak



Yuppi!!! Lecimy!!!! Przez osiem godzin  marzymy. Ryby, owoce, czysta woda,  na pewno zaczniemy nurkować! I będziemy zwiedzać inne wyspy, może nawet Amerykę Południową? Jesteśmy zmęczeni, przestraszeni, szczęśliwi. Dobrze, że Philippe będzie na nas czekał na lotnisku!

Caravelle z okna samolotu

 Caravelle z okna samolotu



Kiedy już nie możemy wysiedzieć,  przez okno zauważam samotną skałę. I zaraz potem niesamowicie zielony ląd! To półwysep Caravelle! I Trinité! To tutaj będzie pracował Podszewek! Samolot przelatuje nad Martyniką i zawraca w kierunku Le Lamentin, widać wulkan!

Jaka ta wyspa maleńka…